Tablelands – Richmond (17 kwietnia 2001)

Budzę się wraz z pierwszymi promieniami słońca. Obrzydliwe owady, które wczoraj obsiadły nasz samochód, odstąpiły od natarcia i zniknęły gdzieś w wysokich trawach. Nad nami góruje symbol australijskiego outbacku – metalowe koło wiatraka. Ruszamy. Jesteśmy zupełnie sami wśród rozległej równiny. Przejeżdżamy koło strumieni i oczek wodnych, w których brodzą pelikany, żurawie i cała masa nieznanego nam ptactwa. Dziś ja mam trochę prowadzić, żeby zapoznać się lepiej z automatyczną skrzynią biegów. Trochę brakuje mi sprzęgła, zwłaszcza przy hamowaniu, ale do Mount Isa jakoś docieram. Później ciągnie Włodek, który w jakiś przedziwny sposób potrafi wyczuć kangury w ciemności. Ja w każdym krzaku widzę potencjalną ofiarę.