Richmond – Cairns (18 kwietnia 2001)

Udało mi się znaleźć jakiś skrót na Cairns. Droga jest na mapie zaznaczona jako „unsealed”, ale ponieważ dawno nie padało, to powinna być przejezdna. Na wszelki wypadek upewniam się w informacji turystycznej, czy tak jest. Przesympatyczna panienka mówi, że tak, i pyta się, z jakiego stanu jestem. Kiedy odpowiadam, że z Polski, z niedowierzaniem kręci głową. Turystów z Polski jeszcze tu nigdy nie było. W Australii (i nie tylko tutaj) często spotykamy się z tym miłym zaskoczeniem, kiedy ludzie dowiadują się, że jesteśmy z Polski. Panienka daje mi szczegółową mapę regionu z zaznaczonymi ciekawymi miejscami. Te miejsca to głównie groby pionierów, ale jest też przepiękny park narodowy z wąwozem i punktem widokowym na górę zwaną Piramidą. Tam Włodek przygotowuje piknik, no i dalej w drogę. Jedziemy ostrożnie, bo wzdłuż drogi plącze się mnóstwo bydła, a my wcale nie chcemy rozbić sobie samochodu w bliskim spotkaniu z takim krowskiem. W pewnej chwili słyszymy niesamowity ryk krów i widzimy jeźdźca na koniu. Jak obyczaj nakazuje na takim pustkowiu, zatrzymujemy się i wdajemy w krótką pogawędkę. „Tak, właśnie udało nam się zagonić tutaj 2000 sztuk bydła, ale pozostałe 3000 namierzają jeszcze z helikoptera”. A ja się zastanawiałam, dlaczego nikt nie zabiera krów potrąconych przez olbrzymie „pociągi drogowe” (road trains). Kto by się tymi paroma sztukami przejmował! Jeździec zgrabnie znika w oddali, a my, wzbijając tumany kurzu, dalej przed siebie. Chyba jednak tu padało, bo musimy przejeżdżać przez kilka rwących rzek. Nurt na szczęście nie jest aż tak silny, więc powolutku zbliżamy się do Cairns. Na szybie samochodu pojawiają się pierwsze krople deszczu. Nici z pięknych widoków. Jedziemy przez tak zwany wilgotny las tropikalny. Rzeczywiście błyskawicznie jesteśmy mokrzy – taka jest wilgoć w powietrzu. Droga wije się najpierw pod górę, a potem w dół. Jesteśmy już tak zmęczeni, że pierwszy kemping będzie już nasz – wybieramy drugi.