Cairns – Port Douglas – Barron Falls – Cairns (23 kwietnia 2001)

Już mamy trochę dość leniuchowania, więc ruszamy w stronę Port Douglas. Jedziemy wzdłuż pięknych plaż i mini mieścinek wokół nich położonych. W Port Douglas wspinamy się (oczywiście w samochodzie) na punkt widokowy i obserwujemy plażę i miasteczko. Spokój, cisza, tylko od czasu do czasu jacyś turyści pojawiają się na chwilę. Ruszamy dalej. Przejeżdżamy wzdłuż jakiegoś „parku” aborygeńskiego, gdzie pomalowani Aborygeni uczą turystów rzucać oszczepem i bumerangiem. Jedziemy lasem tropikalnym w kierunku Barron Falls. Mimo że niewiele w nim wody, i tak sprawia niesamowite wrażenie. Potem jazda wśród rozległych płaskowyżów w stronę curtain tree, czyli drzewa figowego. Wiele lat temu maleńkie ziarenko drzewa figowego zakorzeniło się na wysokiej gałęzi wielkiego drzewa. Latami małe drzewko rosło i wypuszczało korzonki, które z wysokiej gałęzi chciały dotrzeć do ziemi. Korzenie spuszczały się w dół, oplatając drzewo, które udzieliło mu gościny. Oplatały je coraz mocniej i mocniej, aż w końcu udusiły miłego gospodarza. Gospodarz zachwiał się i runął na sąsiednie drzewo. A małe korzonki rosły dalej i dalej, tworząc przepiękną kurtynę poplątanych „lian”. Na trasie jeszcze czeka na nas błękitne jezioro powulkaniczne i spacer wśród lasu tropikalnego do australijskiego drzewa kauri. I znowu na kempingu, gdzie już prawie wszystkich znamy i czujemy się jak u siebie w domu.