To już dziś! Podjeżdżamy pod siedzibę firmy nurkowej i jedziemy autobusem do przystani. Stamtąd ruszamy małym stateczkiem na pierwszą rafę.
Na pierwszej rafie tylko pływamy z maską i fajką – za płytko, żeby nurkować. W międzyczasie wypełniamy papiery i odpowiadamy na pytania dive mastera. Na rafie koralowej nurkuje się w parach bez instruktora, dlatego chcą wiedzieć wszystko o naszym doświadczeniu. Kiedy dowiadują się, że mamy za sobą 8 nurkowań w oceanie i najgłębsze na 30 metrach, nie mają żadnych wątpliwości. Tłumaczą tylko, że muszą się pytać, bo z doświadczenia wiedzą, że wielu nurków CMAS z jedną gwiazdką nurkowało tylko w jeziorach, a w oceanie trzeba brać pod uwagę prądy itd.
Trochę jestem przerażona. Jakie prądy? Do tej pory jakoś na nie zwracaliśmy uwagi, bo był z nami instruktor. Nadrabiamy minami i czekamy. Gdzieś koło południa docieramy do naszej jednostki macierzystej: „Atlantyckiego Klipera”. Mały lunch, odprawa i nur. Pierwszy z instruktorem, który bierze małą grupkę i obserwuje nas wszystkich, czy dajemy sobie radę. Wszyscy przechodzą pomyślnie egzamin i w rezultacie następne nury o 14:00, 16:00 i 18:30.
Wszystko zorganizowane idealnie. Każdy ma swój sprzęt i miejsce na niego. Butla po nurkowaniu jest błyskawicznie napełniana i nie trzeba jej odpinać od jacketu. Sama Saxon Reef dosłownie nas wciąga. Koral miękki, twardy, anemony, tłumy rybek na łąkach podwodnych. Pod rafami kryją się mniejsze i większe wielokolorowe ryby. W którymś momencie nadziewamy się prawie na „lion fish”. Opływamy ją z daleka. Przedziwna „cuttlefish” przepływa obok nas, łypiąc na nas okiem. No i wreszcie olbrzymia 2-metrowa brązowa murena.
Nocne nurkowanie to dla mnie głównie obijanie się o wszystko i o Włodka. Musiałam chyba dokonać strasznego spustoszenia na rafie. Pocieszam się tylko, że żółw, którego widzimy, też odłamał kawałek rafy.
