Fraser Island (2 maja 2001)

Fraser Island, a w zasadzie dingo z niej, są od wczoraj na ustach prawie każdego w Australii. Właśnie wczoraj zdarzył się potworny wypadek, kiedy to dingo zaatakowały bawiące się dzieci na Fraser Island i jedno z dzieci straciło życie. Gubernator wydał ustawę zezwalającą na zabijanie dingo na Fraser Island. To spowodowało wrzenie wśród społeczeństwa australijskiego, zwłaszcza że dingo na Fraser są najczystszej krwi. Nasz przewodnik już na samym wstępie wspomina o wypadku, ale zdecydowanie jest po stronie dingo. Rzeczywiście, nawet w naszym przewodniku jak wół jest napisane tłustym drukiem: „Nie wolno zostawiać dzieci bez opieki na Fraser Island. Należy zapoznać się ze sposobem, w jaki należy zachowywać się wobec dingo przed wjechaniem na wyspę”. Na głupotę ludzką nie ma jednak lekarstwa – mimo że nasz przewodnik wyraźnie mówi, że nie należy biec w kierunku dingo, gdyż on to odbiera jako atak, cała wycieczka rusza pędem, żeby zrobić zdjęcie dingo. Sama wyspa bardzo przypomina nam wybrzeże Bałtyku – szerokie, piaszczyste plaże i rozległe wydmy. Może jedynie woda jest bardziej błękitna. Zatrzymujemy się przy wraku statku i ja zanurzam nogę w lodowatym strumieniu. Nasz super terenowy samochód łapie gumę i spędzamy dodatkowe 45 minut na plaży, kiedy nasz kierowca zmienia koło. Trzyma cały czas fason i mimo że pot z niego ścieka, a wycieczka ma napięty program, nawet mu powieka nie drgnie i cały czas żartuje.