Singapur (15 maja 2001)

Lot mamy niezwykle przyjemny. Przede wszystkim niewiele ludzi – mamy dla siebie aż cztery miejsca. Ja z przejęciem oglądam wszystkie romansidła na wideo, a Włodek gra w gry komputerowe. Czas mija niepostrzeżenie i już lądujemy. Człowiek tak się odzwyczaił od Azji, że prawie uwierzyłam panience, która poinformowała mnie, że autobusy publiczne nie biorą pasażerów z bagażem. Oprzytomniałam dopiero wtedy, kiedy zauważyłam, że jest ona agentem prywatnej linii autobusowej. Ciekawe, jaki ten Singapur jest. Wyglądamy przez okna autobusu. Duże i – o dziwo – czyste miasto. A poza tym sklepy, sklepy i jeszcze raz sklepy. Znalezienie noclegu zabiera nam trochę czasu, ale wreszcie znajdujemy coś w przystępnej cenie i nie takie paskudne. Ruszamy do miasta. I jeszcze raz sklepy, sklepy i sklepy. Ja jestem koszmarnie śpiąca, ale Włodek musi wysłać artykuł, więc idzie do internetu, a ja spokojnie zasypiam.