Singapur (16 maja 2001)

Dzisiaj mamy kryzys. Przede wszystkim Włodek wczoraj w łazience znalazł srebrne pierścionki. Ich właścicielem okazuje się przemiły człowiek mieszkający na stałe na Bali. Kiedy słyszy, że planujemy przedłużenie wizy do Indonezji (dostaliśmy tylko na 30 dni), uprzejmie nam doradza, żebyśmy się upewnili w ambasadzie, czy to w ogóle jest możliwe. Upewniamy się w ambasadzie (którą oczywiście przenieśli ze starego miejsca w inne i do której Włodka nie wpuszczają, bo ma bermudy), że przedłużenie wizy nie jest możliwe, chyba że znajdziemy sponsora w Indonezji. Mam ochotę zapytać się urzędnika, czy nie zechce być moim sponsorem, ale rezygnuję, bo już i tak jest na mnie wściekły, że mu tak głowę zawracam. Wycieczka do Centrum Badawczego okazuje się niewypałem, bo to jakieś centrum wojskowe i nic tam ciekawego nie ma. Wyprawa do chińskich ogrodów kończy się przy ich bramie, kiedy zdajemy sobie sprawę, że nie mamy wystarczającej gotówki, a bankomatu nigdzie nie widać. Kiedy docieramy do najbliższego bankomatu, już nam się nie chce wracać do żadnych ogrodów. Siadamy więc przy kawie i zastanawiamy się, jak dotrzeć na nocne safari. Nocne safari to najlepsza część naszego dnia. Może wyobraziliśmy je sobie troszeczkę inaczej, ale fajnie jest poodglądać zwierzęta nocą.