Jakoś nie żal opuszczać nam Singapuru. Rano jak zwykle Internet, a potem na lotnisko, gdzie mając trochę czasu, próbujemy przesunąć bilety do Los Angeles. Bardzo miły pracownik Singapore Airlines jest bardzo pomocny i uprzejmy. Kiedy dowiaduje się, że jesteśmy z Polski, bardzo się cieszy i mówi, że jako student był we Wschodniej Europie i między innymi w Polsce. Do tej pory pamięta litry wody mineralnej, które dźwigał w plecaku, żeby mieć czym myć zęby – tak się bał zarazić durem brzusznym albo czerwonką!!!! No proszę, a my to samo robimy w Indiach i całej Azji (no może już mniej jesteśmy ostrożni, bo co mieliśmy odchorować, to już mamy nadzieję odchorowaliśmy). Bilet udaje nam się przesunąć na 13 czerwca 2001 bez żadnych dodatkowych opłat. Teraz już tylko lot i znowu Azja.
Lot upływa nam szybko i sympatycznie. Znowu przesunięcie czasu, ale tylko o godzinę, więc nie ma większego problemu. Z lotniska w Dżakarcie kursują regularne i klimatyzowane autobusy pod dworzec kolejowy, gdzie chcemy dotrzeć jak najszybciej, żeby (o ile to możliwe) kupić bilety do Yogyakarty jeszcze na dzisiejszy wieczór. Niestety biletów klasy „biznes” już nie ma. To znaczy są u koników. Włodek wdaje się w jakieś negocjacje, ale bilety w końcu kupują jacyś Anglicy. W kolejce razem z nami stoi pani, która widząc nasze kłopoty, informuje nas o innej kasie sprzedającej bilety typu „eksekutif”. Są droższe i dzięki temu jeszcze dostępne w kasie. Pędzimy na drugą stronę stacji i stajemy się szczęśliwymi posiadaczami biletów. Pani dogania nas po jakimś czasie i sprawdza, czy udało nam się wszystko załatwić, uśmiecha się na pożegnanie i znika w tłumie.
Skoro mamy trochę czasu, postanawiamy pospacerować po Dżakarcie. Nie wiadomo dlaczego, ale obydwoje jesteśmy wzruszeni. Coś jest w tej Azji, że z jednej strony chciałoby się z niej natychmiast wyjechać, a z drugiej strony jak tylko się wyjedzie, to już się za nią tęskni. Człowiek od pierścionków, mówiąc nam, że Dżakarta jest straszna, chyba w życiu nie był w Delhi (które jest piękne, ale trzeba mieć dużo samozaparcia, żeby to piękno zobaczyć). Nam się wydaje, że Dżakarta jest czysta i bardzo światowa (są chodniki!).
Wracamy na stację, gdzie czekamy na nasz pociąg. Koło nas są dwa wolne miejsca w poczekalni. Młode, miejscowe małżeństwo pyta się, czy może usiąść koło nas. Ależ proszę bardzo. Wdajemy się z nimi w rozmowę. Ona jest nauczycielką angielskiego, on pracuje dla jakiejś firmy jako kierownik. Opowiadają o realiach Indonezji i odprowadzają na peron. Sam pociąg czyściutki, zadbany. Bilety sprawdza 3 panów odzianych w mundury. Podają obiad. My jesteśmy tak zmęczeni, że padamy jak kawki i zasypiamy. Gdyby ktoś tej nocy chciał nas okraść, nie miałby z tym najmniejszego problemu.
