Jest 4 rano. Jest nas 7 sztuk. Xavier się nie stawia o umówionej porze. Potwornie ziewamy. Ciemno przeokropnie, ale ruszamy w drogę – nie na brzeg krateru, tylko na punkt widokowy. Wspinamy się przez 1 godzinę i 15 minut. Holender, pan 61-letni, potyka się o kamienie. Przyznaje się nam, że stracił 25% czucia w nogach i trochę ma problemów z chodzeniem. Trochę zwalniamy. Nasza trasa nie cieszy się chyba zbyt wielką popularnością – ścieżka tak zarośnięta, że trudno ją znaleźć.

© 2026 Włodzimierz Serwiński. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wreszcie jesteśmy na punkcie widokowym. Wyciągamy aparaty. Wschód jest idealny. Widzimy cztery wulkany, z tego 2 aktywne. Chciałoby się patrzeć i patrzeć w nieskończoność, ale przed nami jeszcze 13 km. Wędrówka po górach sprawia nam przyjemność, a oprócz tego jest z nami biolog (Belg), który objaśnia nam florę i faunę. Rozmawiam z Janem (Holender). Urodził się w Dżakarcie w czasie drugiej wojny światowej. 3 pierwsze lata swojego dzieciństwa spędził w japońskim obozie jenieckim. To jego pierwsza wizyta w Indonezji od tamtego czasu.

© 2026 Włodzimierz Serwiński. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wędrujemy wzdłuż kolejnych punktów widokowych, schodzimy w dół – wokół nas góry i zielone doliny. Żeby dotrzeć do krateru, musimy jeszcze przebyć Morze Piasku. Chwila przerwy na herbatę i ostatnie podejście. Zaglądamy do wnętrza wulkanu. Trochę nam się kręci w głowie, a opary siarki wykrzywiają nam buzie. Chyba już czas na śniadanie. Jest już 11:00. Do hoteliku docieramy o 12:00. Cieszymy się z Włodkiem, że zdecydowaliśmy się zostać tu jeszcze jeden dzień – przynajmniej trochę odpoczniemy. Belgowie nas opuszczają – to ich podróż poślubna i chcą odpocząć na Bali.
