Maumere (27 maja 2001)

W Maumere jesteśmy w południe. Mój plecak jako ostatni opuszcza statek – zaledwie po 1 godzinie i 15 minutach. W międzyczasie Włodek szuka hotelu, a mnie wszyscy miejscowi kierowcy bemo chcą zawieźć do miasteczka. Tłumaczę im, że czekam na męża. Ale oni nic a nic nie rozumieją. W końcu dociera do nich, że czekam na mężczyznę w pomarańczowej koszulce. Wokół mnie gromadzą się dzieci. Zaczynam rozmawiać na migi i przy pomocy rysunków w moim notatniku. Daję dzieciom równania do rozwiązania. Potem one mnie nękają zadaniami. Wreszcie poruszenie wśród kierowców i okrzyki: „Orange! Orange!” To zapewne Włodek. Kierowca proponuje nam podwiezienie. „Za ile?” – pada nasze pytanie. Podaje nam z kamienną twarzą: „50000”. Wybuchamy śmiechem. Po 2 minutach płacimy 2000 od głowy, czyli i tak przynajmniej 2 razy za dużo. Wieczorem idziemy na mszę. Jesteśmy jedynymi białymi, a mnie przypominają się zdjęcia na religii z misji. Jakiś brzdąc tak się nudzi na mszy, że zamienia ławkę w samochód i mimo wysiłków mamy do końca mszy dokądś tam jedzie.