To miła mieścina położona w górach i wreszcie nie jest tak okropnie gorąco. Włodek znalazł przemiły hotelik z bardzo miłą obsługą. Czekamy na naszego przewodnika. Powiedział, że będzie o 9:00 czasu indonezyjskiego. Teraz już wiemy, że na pewno nie będzie to 9:00. Zjawia się oczywiście wtedy, kiedy znudzona czekaniem wybrałam się do toalety.

© 2026 Włodzimierz Serwiński. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Naszymi towarzyszami w wędrówce po tradycyjnych wioskach i do gorących źródeł są Anglicy. Z trzech wiosek – Langa, Bena i Luba – najbardziej podoba nam się Luba, chociaż trzeba przyznać, że widok na dolinę w Benie zapiera dech w piersiach. Ciekawe jest to, że ci ludzie odcięci od świata, żyjący tak jak przed wiekami, kiedy dowiadują się, że jesteśmy Polakami, wykrzykują: „Polandia! My tu mamy księdza z Polski”. To wspaniały człowiek. Jakaś starsza pani trzyma mnie długo za rękę i opowiada coś o drodze, którą zbudował ksiądz z Polski.
Lunch jemy w domu u naszego przewodnika. Jedzenie jest doskonałe, ale zaczyna padać. Anglicy są przerażeni perspektywą jazdy w deszczu. Nasz przewodnik tym się za bardzo nie przejmuje. Już obiecał swojemu teściowi i synkowi, że weźmie ich do gorących źródeł. Wydawało mi się, że będziemy tam sami. Niestety wokół źródeł zgromadził się tłum ludzi. Dla nich to jedyna na wyspie bieżąca, gorąca woda. Zamierzałam kąpać się w kostiumie kąpielowym. Jednak kiedy zdjęłam spodnie, miejscowi chłopcy tak się podniecili, że zwyczajem miejscowym kąpałam się w ubraniu. Oczywiście mężczyźni mogą się kąpać w kąpielówkach!!!

© 2026 Włodzimierz Serwiński. Wszelkie prawa zastrzeżone.
