Labuan Bajo (2 czerwca 2001)

Dzięki temu, że jesteśmy Polakami, wszyscy się do nas uśmiechają i pytają, czy już odwiedziliśmy księdza Stanisława. A może jesteśmy jego rodziną? Kiedy kupujemy wycieczkę na Rincę (dragony z Komodo), dostajemy specjalny upust, jako że jesteśmy znajomymi księdza. Kiedy dopytujemy się o sposób dotarcia na Bali z Flores, jakaś pani przysłuchuje nam się z wielką uwagą. Kiedy odchodzimy, pyta się nas, czy przypadkowo nie jesteśmy tymi Polakami, o których chodzą słuchy po mieście. I zaraz wyjaśnia: „Mój mąż Stanisław jest Polakiem i na pewno chciałby z wami porozmawiać”. W drodze do Stania zachaczamy o jakąś restaurację i poznajemy Augusta, z którym umawiamy się na ścinanie ryżu w poniedziałek. No i wreszcie spotkanie ze Stanisławem – byłym misjonarzem na Flores, który zrezygnował ze święceń kapłańskich, gdyż jak nam mówi, nie był w stanie godnie unieść tego ciężaru. Rzeczywiście, kiedy misjonarze przybyli na Flores w latach sześćdziesiątych, wyspa wyglądała zupełnie inaczej – nie było dróg, a w Labuan Bajo stał tylko jeden dom. Razem z naszymi nowymi przyjaciółmi jesteśmy zaproszeni do Augusta na lunch, a potem odwiedzamy księdza Stanisława, który dopytuje się: „A dobrze was w tym hotelu traktują? Jakby co, to plebania duża”.