Jesteśmy tylko we dwoje na łódce. Pogoda piękna, nie ma dużej fali. Do Rinca docieramy po 2,5 godziny. Najpierw oczywiście formalności, no i wreszcie pod czujnym okiem przewodnika ruszamy na poszukiwanie dragonów. Kilka razy śmigają nam niewielkie okazy prawie spod nóg. Wreszcie docieramy do tych dużych. Nasz przewodnik dzierży dziarsko w ręku kij i opowiada historie o turystach i tubylcach pogryzionych przez dragony.

© 2026 Włodzimierz Serwiński. Wszelkie prawa zastrzeżone.
W obozie drzemią trzy wielgachne dragony. Włodek chciałby zrobić zdjęcie, ale jakieś takie bardziej w ruchu. Zanim zdążyłam się obejrzeć, już przygrzmocił dragonowi w głowę kamieniem. Ten leniwie otworzył jedno oko. Chyba był najedzony. W drodze powrotnej snorkelujemy i w coś przygrzmacam kolanem. Widać jakieś niewielkie zadrapania i trochę krwi. Mamy nadzieję, że to nic poważnego. W Labuan Bajo łapie nas potworna burza. Leje przez całą noc i ranek następnego dnia.
