Labuan Bajo – Benoa – Kuta (11 czerwca 2001)

Od rana czatujemy na statek Pelni. Właściciel hoteliku powiedział, że oficjalna godzina przypłynięcia to 5:30 rano, ale od kiedy on sięga pamięcią, to się jeszcze nie zdarzyło. Sugeruje zatem wstać o 6 rano, zjeść spokojnie śniadanie na tarasie hoteliku i obserwować zatokę. Kiedy statek pojawi się na widnokręgu, po prostu należy wybrać się do portu. Tak też robimy. Razem z nami czeka jeszcze Helmut, Judith i Christi. Nagle statek powoli wyłania się zza wyspy – łapiemy za plecaki i pędzimy do portu. Statek nie może przybić do brzegu. Musimy się więc do niego przeprawić małymi łódeczkami. Sceny, które teraz następują, są żywcem wyjęte z filmów o nielegalnych emigrantach. Przeładowane łódeczki dobijają do statku i wpadają na siebie. Ludzie pchają się, co niektórzy tracą swój dobytek w odmętach wody. Z trudem wpycham się na wąski trap i pędzę do góry. Statek zajęty od dołu do góry. Wszędzie koczują ludzie, a przed nami 26 godzin podróży. Przycupnęliśmy na trzecim pokładzie i powolutku mościmy sobie gniazdko. Włodek zdobywa trzy materace i trafia na ślad kuchni, w której wydawane są posiłki. Judith (66-letnia Amerykanka) i Christi (40-letnia Niemka) mówią, że są szczęśliwe, że z nami podróżują, że jeszcze nigdy nie czuły się tak bezpiecznie i nie spały tak spokojnie jak tej nocy. Podróżując we dwoje, nigdy nie mieliśmy okazji doświadczyć takich obaw. A noc jest rzeczywiście piękna – gwiaździsta i ciepła. A my na pokładzie na miękkich materacykach.