Wysiadamy z samolotu o 5:30 rano z duszą na ramieniu. Czy nas zawrócą? Przede wszystkim wzbudzamy zainteresowanie. Polacy – hmmmm – takich tu dawno nie było. I co się z nimi robi? Urzędnicy imigracyjni mają wątpliwości. Wreszcie wspólnie ustalają, że musimy kupić wizy. Problem w tym, że nie ma tego kogoś, kto wie, jak wizy wypisać. Zatem czekamy. Kiedy Włodkowi udaje się pomóc urzędnikowi w uruchomieniu komputera, wracamy do łask i tym razem urzędnik już wie, jak nam wizę wypisać. Płacimy dwadzieścia dolarów i… i teraz dla odmiany zniknęły nasze bagaże. Przewracamy lotnisko do góry nogami. Włodek wybiega na zewnątrz, ja za nim, bo już spotkałam panią z American Airlines, która ma nasze bagaże. Kiedy chcemy wrócić na lotnisko, okazuje się to niemożliwe. Na szczęście wybawia nas pani z American Airlines, która wynosi nasze bagaże na zewnątrz.
Kurczowo trzymając nasz dobytek i nerwowo zerkając dookoła, ruszamy autobusem do Zony 1. Tyle strasznych rzeczy naopowiadano nam o tym mieście. Rzeczywiście przed każdym sklepem, urzędem stoi wartownik uzbrojony w karabin maszynowy. Po drodze spotykamy amerykańskiego Hindusa (Sikha), który udziela nam wskazówek, i wsiadamy do autobusu do Antigua. Droga zabiera nam około godziny i już wysiadamy z autobusu. Od razu dopadają nas miejscowi szkolni naganiacze. Wzruszeni niepomiernie tym, że ich rozumiemy, dajemy się zaciągnąć do pierwszej szkoły i po „twardych” negocjacjach cenowych zapisujemy się na tydzień nauki hiszpańskiego oraz decydujemy się na zakwaterowanie u rodziny gwatemalskiej.
