Noc jest potworna. Pokoik, który dostaliśmy, jest bez okna, drzwi się nie zamykają, toaleta pozostawia wiele do życzenia. Tyle że rodzina miła. Trudno się co prawda zorientować, ile ich tu mieszka i jakie są tu wzajemne relacje, ale grunt, że próbują z nami rozmawiać. Jest tu jeszcze oprócz nas dwóch innych studentów, ale wyjeżdżają jutro. Mamy więc cichy plan przechwycenia ich pokoju o zdecydowanie wyższym standardzie. Naszą łamaną hiszpańszczyzną dogadujemy się z gospodynią i z lżejszym sercem ruszamy na zwiedzanie miasta.

© 2026 Włodzimierz Serwiński. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Brukowane uliczki, ruiny kościołów i cmentarze. Stare kolonialne domy, a to wszystko otoczone wulkanami. Tyle tylko, że już nas na początku ostrzegają, że tam lepiej nie chodzić, bo napadają i gwałcą. Na wzgórze krzyża też lepiej nie, no chyba że z policją turystyczną. O dziesiątej wieczorem zaczyna się godzina policyjna, a cały kraj jest w stanie podwyższonego napięcia. Mówi się nawet o wprowadzeniu stanu wojennego. Z najlepiej strzeżonego więzienia właśnie uciekło 78 najgroźniejszych bandziorów, no i wszyscy są przerażeni, a my tymczasem na pierwszą wędrujemy do szkoły.
Mój nauczyciel Fernando to były narkoman i alkoholik, który dzięki kościołowi wyszedł z nałogu i wykształcił się. Jest przesympatyczny i czas nam upływa błyskawicznie, tyle tylko że mi głos siada i cały czas smarkam w chusteczkę. Włodek nie jest zachwycony swoim nauczycielem – to jakiś student, który raczej myśli o swoich egzaminach niż o nauczaniu. Może będzie próbował go zmienić. W domu czeka na nas kolacja. Nasze żołądki skurczyły się w podróży i prosimy zaskoczoną gospodynię o mniejsze porcje.
