Antigua – Guatemala City (23 czerwca 2001)

Ostatni dzień w szkole. Pożegnanie z nauczycielami. Włodek ostatniego dnia dostał zastępstwo i był z nowego nauczyciela (byłego alkoholika też wyciągniętego z nałogu przez kościół) bardzo zadowolony. „Zupełnie inna klasa” – powiada. Wczoraj wieczorem oboje byliśmy zdziwieni, że syn naszej gospodyni tak trzaska drzwiami od łazienki, że aż się cały dom trzęsie w posadach. Ale to tylko nasza naiwność pozwoliła nam na takie brednie. Nasi nauczyciele dzisiaj ze spokojem pytają się nas, czy czuliśmy wczoraj trzęsienie ziemi. Najpierw nie wiemy, o co chodzi, ale kiedy podają godzinę, od razu robią nam się wielkie oczy: „To było trzęsienie ziemi!” Na nich to nie robi już większego wrażenia, bo takich drgań mają tu co roku dziesiątki. No i znowu szkolny autobus i Guatemala City. Nasza gospodyni była cała przerażona, że chcemy spędzić tam noc. To takie niebezpieczne miasto. Ruszamy na poszukiwanie hotelu. Z naszą Lonely Planet w ręku wędrujemy przez miasto. Włodek zauważa jakiś hotelik. Wchodzimy do niego i zanim zdążymy dowiedzieć się czegoś, słyszymy jakieś okrzyki. To dwie dziewczyny wołają coś do nas po francusku. Po chwili się wyjaśnia, że myślały, że jesteśmy Francuzami (tu większość osób podejrzewa nas o to, że jesteśmy albo Francuzami, albo Włochami lub ewentualnie Hiszpanami), a one znają bardzo bezpieczne i tanie miejsce na nocleg. Nie jest nawet oznaczone, a informacja o nim jest przekazywana z ust do ust – i to francuskich. Tak oto znajdujemy się w miejscu wypełnionym przez Francuzów i zwiedzamy Gwatemalę. Później niektórzy uważali, że mieliśmy niezwykle dużo szczęścia, że nam nie ukradziono aparatów fotograficznych. Naszym zdaniem trochę przesadzali, ale na pewno trzeba uważać. Spędzamy trochę czasu, przysłuchując się wędrownym kaznodziejom, którzy wypędzają złe duchy z jakichś przerażonych ludzików, i kuglarzom. Niesamowite wrażenie sprawiają sklepy – wszystkie są okratowane.