Guatemala City – Santa Elena – Flores (24 czerwca 2001)

Wczesnym rankiem piszemy karteczkę pożegnalną dla naszych gospodarzy, popijamy herbatę i mkniemy, czujnie się rozglądając dookoła, na przystanek autobusowy. Niedziela – puste ulice, gdzieniegdzie tylko jacyś żebracy i ludzie śpiący na ulicy. Na szczęście nikt oprócz miejscowych cinkciarzy nas nie zaczepia. No i w drogę. Przed nami 9 do 10 godzin w autobusie. Na szczęście władza dba o naszą rozrywkę – co jakiś kawałek autobus jest zatrzymywany do rewizji. Wszyscy mężczyźni muszą opuścić autobus, ustawić się w rzędzie i cierpliwie czekać, aż uzbrojony po zęby policjant stwierdzi, że jednak nie jest się zbiegłym bandziorem. Najpierw z przejęciem liczę te rewizje. Po czwartej już trochę zaczynają nam się one nudzić. Włodek stwierdza, że przynajmniej może trochę rozprostować nogi. I tak około 18:00 docieramy do Santa Elena. I znowu dopadają nas naganiacze. Oczywiście autobus za darmo, no oczywiście do bardzo konkretnego hotelu, no i może byśmy u nich kupili bilety na przejazd do Tikal, a w ogóle jakie są nasze plany. Może do Belize, a to świetnie, bo oni mają właśnie super ofertę do Belize. Włodek stwierdza spokojnie: „Jesteśmy zmęczeni, chcemy się wykąpać, potem odpowiemy”. Naganiacz ma bardzo marsową minę: „Ta specjalna oferta jest naprawdę super, ale trzeba się zdecydować natychmiast – jedyne 15 dolarów, za taką cenę na pewno nie dojedziemy do Belize”. Boże, jak to dobrze, że są przewodniki, z których wiemy, że można dojechać do Belize za jakieś 7–8 dolarów. Nasza rozmowa przyciąga uwagę jakiejś Amerykanki. Ona już była w Tikal. Ja oczywiście pierwsza panikara w mieście, od razu do niej z pytaniem: „No a jak tam w Tikal bezpiecznie?” Oczywiście miałam nadzieję, że odpowie: „No pewnie”. Ona jednak mówi: „Ach, masz na myśli ten zeszłotygodniowy napad, gwałty i zabójstwo”. Szczęka opadła mi do kolan i tak już została przez chwilę.