Tikal (25 czerwca 2001)

I znowu budzik dzwoni o 4:30 rano. Z obłędem w oczach chwytamy swoje bambetle i pędzimy do autobusu. W drodze do Tikal wszyscy przysypiają. W jednej z pasażerek rozpoznaję Japonkę, która potem okazuje się być Koreanką, która chodziła do tej samej szkoły co my w Antigua. Ona nas nie pamięta, ale nie przeszkadza nam to w przyjemnej rozmowie. Pyta się o nasze plany, bo szuka kogoś, z kim mogłaby przejechać do Belize, bo sama trochę się boi. Tak oto zawiązujemy swój pierwszy sojusz koreańsko-polski. Ale przed nami już park historyczny. Z przewodnikiem w ręku i nerwowo rozglądając się, pędzimy oglądać ruiny. Z dżungli dochodzą nas jakieś upiorne wycia. Pytam się jakiegoś żołnierza, co to za hałas. „To małpy” – odpowiada. Włodek oczywiście od razu rusza w dżunglę, ja za nim, pokrzykując, że to chyba niebezpieczne i lepiej trzymać się głównych dróg, a nie ścieżek w dżungli. Okazuje się jednak, że te przeokropne czarne wyjce przyciągnęły też uwagę paru strażników, więc od razu czuję się bezpiecznie. Dżungla jest zupełnie niesamowita – zielona i mglista. Odgłosy nieznanych nam ptaków wibrują w powietrzu, spod nóg ucieka mały lisek. Wędrujemy do pierwszej świątyni, po jej ścianach włóczy się jakiś lemuropodobny zwierzak. Jest niewielu turystów – można wszystko obejrzeć w ciszy i spokoju. Przysiadamy na szczycie piramidy i patrzymy z góry na dżunglę. Niesamowity widok. Chodzimy po całym terenie i nawet się nie spostrzegamy, że już jest 12:00 w południe. Kiedy zbliżamy się ponownie do głównego placu, widzimy tłumy przybyłych turystów. Jak to dobrze, że odwiedziliśmy to miejsce tak wcześnie rano. Po powrocie załatwiamy bilety do Belize. Ku naszemu miłemu zaskoczeniu Koreanka – Sangyoo – znalazła bardzo korzystną ofertę: autobus bezpośredni do Belize za jedyne 8 dolarów. Nie wierzcie nigdy naciągaczom!