Flores – Belize City – Caye Caulker (26 czerwca 2001)

Pobudka jak zwykle o 4:20. I autobusem do granicy. Po jakichś 80 km kończy się droga asfaltowa i jedziemy żwirowką. Po drodze do autobusu wskakują cinkciarze i wymieniają pieniądze. No i już granica. Gwatemalscy urzędnicy kasują od nas po 10 quetzali. „To taka opłata graniczna” – twierdzą. Sangyoo domaga się oficjalnego kwitka. Coś tam dostaje. Czekamy w kolejce, żeby przejść granicę, kiedy Sangyoo mówi, że jest pewnie jedyną osobą, która w tej kolejce potrzebuje wizy, i że kosztowało ją to 30 dolarów, i że wizy nie można kupić na granicy. Ciarki przechodzą nam po grzbiecie. Jak ona potrzebuje wizę, to my pewnie też. No masz ci babo placek! Docieramy do okienka. Urzędnik ogląda uważnie nasze paszporty i mówi, że potrzebna jest wiza, potem sprawdza coś i mówi, że Polacy mogą ją kupić na granicy. Kamień spada nam z serca, no i oczywiście znika po 25 dolarów z kieszeni. No już jesteśmy w Belize. Zmienia się krajobraz. W Gwatemali jechaliśmy wśród dżungli, tu wyraźnie widać wpływy cywilizacji. No i teraz tylko szybką łodzią na Caye Caulker i można patrzeć na błękitną wodę. Na łodzi zafascynowała nas niejaka pani, która zaraz po wejściu na łódkę otworzyła małą torebeczkę, z której zaczęła wyjmować swoją biżuterię. Z niekłamanym zachwytem przyglądałam się 12 złotym pierścieniom, 8 złotym bransoletkom, 2 zegarkom (złotym oczywiście), 3 łańcuszkom (a może raczej łańcuchom, też złotym rzecz jasna) i kilku broszkom. No cóż – niektórzy mówią, że Belize City jest dość niebezpieczne i lepiej nie kusić złodziei biżuterią.