Chichen Itza – Merida (7 lipca 2001)

Jesteśmy punktualnie o 8 rano przed wejściem do parku historycznego. Jesteśmy jako pierwsi. Trochę przejęci i podekscytowani. Zobaczymy piramidę Kukulkana, na stopniach której dwa razy do roku, w dniach zrównania dnia z nocą, pojawiają się cienie, które tworzą kształt węża pnącego się po schodach. Zjawisko to trwa ponad dwie godziny. Do tej pory zastanawiamy się, jak ci starożytni Majowie potrafili dokonać takiego cudu, a nie wymyślili koła czy sklepienia łukowego.

Piramida wznosi się tuż przed nami, wchodzimy sapiąc po jej 91 schodach i spoglądamy na teren starożytnego miasta z góry. Widzimy obserwatorium i drogę do cenote i czubki pozostałych ruin. Najpierw wędrujemy do cenote, które teraz wygląda bardzo sielankowo – piękna sadzawka w kształcie koła obrośnięta winoroślami i pędami drzew. Kiedyś była świadkiem rytualnych obrzędów mrożących krew w żyłach. To do niej właśnie wrzucano w ofierze ludzi, klejnoty, przedmioty użytku codziennego.

Świątynia czaszek, obok której przechodzimy, też mrozi nam krew. Wyryte na niej obrazy ludzi, którym orły wyrywają serca, nasuwają nam pytanie, dlaczego ci wielcy budowniczy byli tak okrutni. Nawet boisko do piłki nożnej było nie tylko miejscem rozrywki, ale i wyroku boskiego – ci, którzy przegrali, lub przynajmniej kapitan drużyny, która przegrała, był poświęcany bogom. Z drugiej strony, jak się nad tym zastanowić, to całkiem niezła motywacja do dobrej gry.

Niesamowite wrażenie robi na nas „konwent zakonnic” – to chyba najpiękniejszy i najwspanialej zdobiony budynek, przynajmniej według nas. I już pędzimy na autobus do Meridy. Pędzimy – to może trochę przesada, w tym upale trudno mówić o szybkim poruszaniu się. Merida jest tak samo gorąca i pot spływa nam po plecach, kiedy poszukujemy hotelu. Znajdujemy całkiem sympatyczny i wędrujemy po tym przemiłym i ożywionym mieście.