Zanim złapiemy collectivo do San Juan Chamula, jeszcze chcemy się trochę powłóczyć po miasteczku, a zwłaszcza po rynku. Mamy trochę mieszane uczucia co do tej całej wyprawy. Tak naprawdę to wcale nie wiadomo, co człowieka w takiej wiosce czeka. Jeśli jeżdżą tam wszyscy turyści, to pewnie powitają nas poirytowani miejscowi i dzieciaki żebrzące o peso albo coś do picia. Jak na razie wygraża mi jakaś Indianka. Zobaczyła aparat w mojej ręce i to jej wystarczyło, żeby na mnie pokrzyczeć. Nie wiem, co mnie napadło, ale ponieważ wcale nie chciałam jej robić zdjęcia i ponieważ bardzo nie lubię, jak ktoś na mnie krzyczy bez powodu, przystanęłam sobie, spojrzałam jej głęboko w oczy i wygłosiłam przemówienie po polsku tonem spokojnym, acz lodowatym. Ciekawe – podziałało. Skinęła nawet przepraszająco głową.
Podróż collectivo dostarcza samych przyjemności – siedzi się jeden na drugim, a mimo to wszyscy są jakoś przychylnie do siebie nastawieni. Wreszcie dojeżdżamy do wioski. Jak zwykle główny plac, a przy placu kościółek. Już przy wejściu odziany w czarny kaftan strażnik informuje nas, że nie wolno robić zdjęć w kościele. Kiwamy grzecznie głowami.
Po przekroczeniu progu kościoła znajdujemy się jakby w innym świecie. W kościele nie ma ławek. Jest posypana igłami (chyba sosnowymi) podłoga, na której płoną rzędy świec i koczują całe rodziny. Co chwila ktoś podnosi do ust Coca-Colę i szybko ją wypija. Coca-Cola nie jest zresztą jedynym napojem w tej świątyni. Rozpalone oczy wielu modlących się i charakterystyczny zapach bimbru mówią same za siebie. Piją dorośli i dzieci. Obok mnie mała dziewczynka pociąga „bimber” z butelki ze smoczkiem. „Mantrujący” uzdrowiciele wcierają jajka w skórę pacjentów i machają kurami nad płonącymi świecami. Chyba jest jakaś specjalna uroczystość, bo w kościele są muzycy i grają jakąś bardzo rytmiczną, wręcz wprowadzającą w trans muzykę.
Przysiadamy na podłodze wśród wiernych, oczy powoli przyzwyczajają się do zmroku i ku naszemu zdumieniu na głównym ołtarzu nie ma Chrystusa – panuje tam Jan Chrzciciel. Chrystus owszem, jest, ale mniejszy i na bocznym ołtarzu wśród innych świętych obwieszonych lustrami. Lustra, jak się okazuje, służą tu do autospowiedzi.
W drodze powrotnej mijamy zniszczony stary kościółek. To mieszkańcy wioski wypróbowywali moc swoich świętych – albo sprowadzą deszcz, albo spłonie kościół. Kościół jest zniszczony, ale zbudowali nowy – z tego wynika, że święci jednak postarali się o deszcz.
