San Cristobal de las Casas (13 lipca 2001)

Dziś chcemy wybrać się do urzędu imigracyjnego. Warto byłoby się dowiedzieć, jak to jest z tym przedłużaniem pobytu. Na nasze nieszczęście urząd znajduje się poza centrum miasta i nasza mapka nie obejmuje już tego rejonu. Wędrujemy sobie więc jakąś uliczką, od czasu do czasu dopytując się miejscowych, czy aby na pewno idziemy w dobrym kierunku. Pytamy się zawsze dwukrotnie. Uprzejmi Meksykanie, nawet jeśli nie mają pojęcia, gdzie coś się znajduje, zawsze coś powiedzą, byleby tylko nie sprawić zawodu osobie pytającej. W pewnej chwili słyszymy jakąś skoczną muzykę i tłumek ludzi posuwający się wzdłuż drogi. Kiedy zbliżamy się do niego, nie wierzymy własnym oczom – to pogrzeb! A muzyka jest tak porywająca do tańca, że nogi aż same się rwą. W urzędzie, jak to w urzędzie, nic nie udaje się nam załatwić, ponieważ karty turystyczne przedłuża się dopiero pod sam koniec ich ważności. Ale przynajmniej wiemy, że to nie jakaś „indonezyjska” pułapka. A wieczorem wsiadamy do autobusu i „mkniemy” w stronę wybrzeża. Klimatyzacja coś na bakier, a poza tym cały czas jakieś kontrole. Ciekawe – czepiają się zawsze tego samego człowieka.