Guanajuato – Guadalajara (1 sierpnia 2001)

No proszę – już sierpień. Niewiarygodne. Ostatnie pożegnanie z przeuroczym miasteczkiem, w którym drogi miejskie prowadzą tunelami starych kopalń, i już jesteśmy w autobusie wiozącym nas do Guadalajary. Zapewnienia pana, który sprzedawał nam bilety, że do Guadalajary dotrzemy po pięciu godzinach, okazały się niezbyt prawdziwe. Zwłaszcza że po drodze złapała nas potworna ulewa i burza, w wyniku której drzewo runęło na naszą drogę. Przez 45 minut obserwowaliśmy, jak policja dzielnie walczy z usunięciem drzewa (nietety – każdy policjant posiadał odmienną koncepcję usunięcia przeszkody z drogi) i trzymaliśmy za nich kciuki, ponieważ wiedzieliśmy, że Martin czeka na nas na dworcu. Włodek zadał słuszne pytanie: „Słuchaj, czy my w ogóle poznamy Martina i Monikę?” Rzeczywiście – widzieliśmy ich tylko raz w życiu, przez 3 godziny, i to 10 miesięcy temu. Na szczęście udaje mi się rozpoznać Martina i wszyscy padamy sobie w ramiona.