Los Mochis – Creel (7 sierpnia 2001)

Wstajemy 5:30 i próbujemy zrobić jakieś zakupy na drogę. Niestety wszystko zamknięte. Miejmy nadzieję, że coś będą sprzedawać w pociągu, bo jak nie, to krucho z nami. Trudno zorientować się w systemie kupna biletów, ale ponieważ pociąg już rusza, Włodek upewnia się, czy można kupić bilet w pociągu, i pędzi do mnie. Przychodzi konduktor i owszem, bilety sprzedają nam bez problemu, ale kategorycznie zaprzecza, żeby można było coś kupić do jedzenia w pociągu. Trochę nam rzednie mina. Według rozkładu powinniśmy być w Creel około 15:00. Ale konduktor zaprzecza i temu: „Jakaś 18:00 jest dużo bardziej prawdopodobna” – stwierdza z uprzejmym uśmiechem na twarzy. No to jesteśmy ugotowani na miękko (trochę w tym prawdy, bo coś klimatyzacja nie działa w naszym wagonie). Na razie pociąg wolno toczy się przez równinę, gdzie jak okiem sięgnąć – nopale, nopale i jakieś krzewy. Wreszcie zaczynają się góry. Pociąg co raz to przeciska się wąskimi, wykutymi w skale przejściami, to znowu przyciska się do gór, by nie potoczyć się w przepaść. Kilometry szyn pnących się w górę, w górę i w górę. Widoki przepiękne i niepowtarzalne. Ale my niestety jesteśmy głodni. Dobrze, że chociaż mamy picie. Jakaś pani, chyba zauważyła, że nic nie jemy, bo częstuje nas owocami. Jaka ulga! Wreszcie gdzieś koło 16:00 pociąg zatrzymuje się w Barranca del Cobre i wszyscy pasażerowie pędzą, by zobaczyć to cudo, do którego tak trudno się dostać. No i wreszcie są ludzie, którzy sprzedają jedzenie. Żyjemy. Do Creel docieramy koło 19:00 i idziemy na duży obiad.