Visalia – San Francisco (16 sierpnia 2001)

Nie wiem po raz który stwierdzamy, że pewne nazwy hiszpańskie brzmią bardzo miło, ale po przetłumaczeniu ich na polski brzmią już nie tak ciekawie – na przykład San Francisco – Święty Franciszek. Po drodze chcemy zobaczyć słynną rezydencję Hearsta, amerykańskiego milionera, który za przykładem pewnych europejskich władców postanowił zbudować sobie rezydencję na szczycie wielkiego wzgórza.

Rezydencja jest dla nas raczej przykładem braku smaku i zachwytem nad wszystkim, co stare i europejskie, ale baseny zapierają nam dech w piersiach. Sam Hearst wydaje się ciekawym, aczkolwiek chyba trudnym człowiekiem w codziennym życiu. Mnie jakoś nie przypada do gustu jego osobowość i władczy sposób bycia i coś, co określiłabym podwójną moralnością. W rezydencji mieszkał ze swoją kochanką, podczas gdy żona i dzieci mieszkały w innej posiadłości. Jego goście jednak nie mogli sprowadzać swoich kochanek do rezydencji, bo według pana Hearsta było to niemoralne. Innymi słowy: co wolno wojewodzie, to nie tobie…

Potem jedziemy wzdłuż oceanu, zatrzymując się po drodze w małych miejscowościach i w Monterey na odpoczynek. A potem już prosto do San Francisco i naszych nowych przyjaciół, czyli Idith i Dereka.