Yosemite – w stronę Yellowstone (21 sierpnia 2001)

Boże, jak zimno. Nakładamy na siebie wszystko, co mamy, i wyglądamy przekomicznie. Misie nas w nocy nie odwiedziły, nie widać też na razie śladów innej zwierzyny. Pakujemy się i w drogę do Yellowstone. Ciekawe, jak daleko dzisiaj dojedziemy. Po drodze zajeżdżamy do Bodie – miasteczka duchów. Na szczęście jeszcze go tak zupełnie nie skomercjalizowano – to znaczy nie ma walczących kowbojów na ulicach i przejażdżek dyliżansem. Ktoś wpadł na ciekawy pomysł, żeby jedynie nie dopuścić do rozpadnięcia się miasteczka, ale w żadnym wypadku nie wolno nic odnawiać. Spacerujemy więc główną ulicą miasteczka, na której kiedyś podobno było 50 salonów i mnóstwo innych dodatkowych atrakcji. Podobno miasteczko było jednym z najgorszych i najniebezpieczniejszych na Dzikim Zachodzie, także właśnie mijany przez nas zakład pogrzebowy miał dużo pracy i świetnie prosperował. Przyciskamy nosy do zakurzonych szyb i widzimy stoły do ruletki, porozrzucane karty. Wchodzimy do niektórych domów, gdzie wydaje się jeszcze niedawno ktoś mieszkał – dzisiaj jedynie gruba warstwa kurzu świadczy o tym, że miasteczka nie opuszczono kilka miesięcy temu, ale grubo ponad pół wieku. Jedziemy dalej – pustynia, pustynia i jeszcze raz pustynia. Chcielibyśmy znaleźć gdzieś internet, żeby sprawdzić, czy nasi serwasowi gospodarze wiedzą, że zbliżamy się do nich. W jakiejś mieścinie znajdujemy bibliotekę publiczną, a w niej internet. Niestety brak jakichkolwiek wiadomości. Za to podejmujemy decyzję o kupnie biletów lotniczych na dalszą część naszej podróży – są droższe niż nam na początku proponowano. Co za życie! Nocujemy na campingu z podgrzewanym basenem i spa. Zanim kładziemy się spać, pływamy w basenie, patrząc na gwiaździste niebo.