Yellowstone (25 sierpnia 2001)

W Yosemite było zimno, ale tu jest więcej niż zimno – ręce przymarzają mi do kuchenki gazowej i z zimna nie mogę złapać oddechu. Trochę gorącej herbaty nas rozgrzewa i ruszamy dalej w Yellowstone. Gorące źródła i gejzery w Norris wyglądają dość księżycowo i cały czas spod ziemi dochodzi nas jakieś bulgotanie i syczenie. Wrażenie ma się takie, jakby się stało na pokrywce czajnika. Niesamowite. Jednak w prawdziwy zachwyt wprawiają nas tarasy w Mammoth Springs. Rzeczywistość pobiła nasze oczekiwania – nie chcemy się stamtąd ruszać. Ale czeka na nas jeszcze kanion, Firelake Drive i wszystkie zwierzęta Yellowstone, z których jak na razie widzieliśmy tylko bizony, elki, górskie owce, antylopy i kojoty. No i jeszcze jakieś zwierzę z kopytami, ale ponieważ zostały z niego tylko żebra i kopyta, to niestety nie wiemy, co to było. Nie wiemy też, co go zjadło – są co prawda ślady łap jakby psich, ale jeszcze nie umiemy odróżnić śladów wilka od kojota. A poza tym jeszcze chcielibyśmy ponownie zahaczyć o Midway – tym razem już z odpowiednim zapasem filmów. W rezultacie w domu lądujemy dobrze po 22:00, gdzie czekają na nas wyciągnięte ramiona Marilyn i Steve’a.