Steve, człowiek, o którym samym można byłoby napisać fascynującą książkę, proponuje nam wycieczkę po okolicy oraz wyprawę po pustyni na koniach. Z jednej strony brzmi to świetnie, ale z drugiej strony, kiedy nie umie się jeździć konno, to… Steve przekonuje nas, że konie są łagodne i że naprawdę warto. Raz kozie śmierć.
W drodze do Leadore zatrzymujemy się w Lone Pine, żeby obejrzeć malunki naskalne. Kiedy je tak sobie podziwiamy, podjeżdża do nas kowboj na motorze z niezbyt przyjaznym wyrazem twarzy. Intonacja głosu też nie wskazuje na przyjazne zamiary. I tak oto trafiamy w sam środek wojny o wodę.
Woda na pustyni to życie. I wszystko jest dobrze, kiedy zima w górach jest sroga i spadnie mnóstwo śniegu. Niestety ostatnie lata nie były najłaskawsze i wody jest bardzo niewiele, a prawo mówi, że najpierw dostają wodę ci, którzy przybyli na te tereny jako pierwsi. Co to oznacza? Oznacza to, że kolejka po wodę jest długa i ci na jej końcu nie dostają nic, choćby przez ich tereny płynęła rzeka. Grunt kupuje się i sprzedaje z prawem do wody. Zrozpaczeni farmerzy, którzy widzą, jak ich plony usychają, kradną wodę bądź nawet w rozpaczliwej bezsilności zabijają sąsiada.
Kowboj, który nas zobaczył, nienawidzi swojego sąsiada, który swoje grunty przemienił na nieużytki, a prawo wody przeniósł na inny teren, gdzie zbudował elektrownię wodną. Do ognia dolewa fakt, że teren zamieniony na nieużytki należał kiedyś do rodziny kowboja i został kiedyś niefrasobliwie przez niego sprzedany, oczywiście wraz z prawem do wody. Tak się akurat składa, że żeby dostać się do skalnych malowideł, trzeba wejść na grunt „złego” sąsiada, ale żeby tam się dostać, trzeba przedrzeć się przez tereny wściekłego kowboja, który oczywiście założył, że jesteśmy przyjaciółmi „złego” sąsiada. I w związku z tym chętnie by nam dołożył. Steve, były policjant kryminalny i detektyw, zręcznie rozładowuje sytuację i rozstajemy się we względnie przyjaznej atmosferze.
Rysunki są ciekawe, ale zupełnie dla nas nieczytelne. Steve opowiada historię ucieczki Indian Nez Perce i błędu w wyliczeniach genialnego wodza Józefa, który wywiódł w pole całą kawalerię amerykańską, ale pomylił się, sądząc że już jest w Kanadzie i mogą rozbić obóz i odpocząć. Okazało się, że pomylił się o 15 mil – ciągle jeszcze byli w Stanach i armia amerykańska dopadła niczego nie spodziewających się Indian.
Lunch jemy nad Meadow Lake i oddychamy świeżym górskim powietrzem, no i wreszcie moment, na który czekaliśmy – dojeżdżamy na ranczo Marilyn i Steve’a. Kiedy Steve łapie konie na pastwisku, my wylegujemy się na tarasie domu zbudowanego przez Steve’a.
Ja dostaję konia, który wygląda jak ten z filmu o Pipi. Jest słodki i łagodny, ale Steve ostrzega mnie, że jest bardzo bystry i lepiej, żebym od razu dała mu do zrozumienia, że to ja tu jestem panem. Z początku wydaje się to trudne, ponieważ… jeździmy po kowbojsku. Siodło jest zupełnie inne – przede wszystkim wygodne, teraz rozumiemy, jak kowboje mogli spędzać tyle czasu na koniach, a poza tym wodze trzyma się w jednej ręce (lewej), bo przecież drugą trzeba mieć wolną, żeby trzymać lasso, broń albo po prostu żeby móc podrapać się po plecach. Po chwili jakoś udaje mi się skoordynować moje ruchy, w międzyczasie Włodek już dawno ujarzmił swojego konia i wygląda tak, jakby całe życie pracował jako kowboj. Steve jedzie na dzikim koniu, którego sam ujeździł. I tak ruszamy na pustynię. Krótka przejażdżka zamienia się w bardzo długą, a my jesteśmy zachwyceni, kiedy wracamy o zachodzie słońca na naszych wspaniałych rumakach.
