Adam na śniadanie, które zresztą dla nas wszystkich przygotował, wcina jakiś tajemniczy malutki batonik i twierdzi, że mu to wystarczy. My jednak wcinamy rogaliki, nie ufając „batonikom”. Umawiamy się na 13:00 na lunch u Adama w pracy, czyli w Instytucie Hunstmana. Podwozi nas tam Kasia.
Budynek piękny, nowoczesny i bardzo przyjazny człowiekowi. Na parterze oprócz wspaniałego holu znajduje się podręczna biblioteka, w której pacjent i jego rodzina mogą dowiedzieć się wiele na temat nowotworów. Jedziemy elegancką windą na poziom „kantyny”. Nie wygląda ona na żadną ze znanych mi stołówek studenckich – to raczej sympatyczna restauracja z olbrzymim wyborem potraw. Ja decyduję się na stek z bizona. Co się odwlecze, to nie odwlecze – pychotka. Do lunchu przyłącza się Charles z Teksasu. Razem z nim i oczywiście Adamem zwiedzamy miejsce ich pracy. Tylko pozazdrościć takich warunków. Myślę, że większość naszych znajomych naukowców tylko marzy o takich warunkach, jakie tu, w Huntsman Cancer Research Institute, mają naukowcy.
Oczywiście Salt Lake City to miasto Mormonów. Adam wiezie nas na wzgórze Ensign, z którego to szacowny Young i jego ośmiu towarzyszy projektowało przyszłe miasto. Nieźle im to wyszło – w tym mieście trudno się zgubić. W centrum jest oczywiście Świątynia, a ulice są ponumerowane i oznaczone zgodnie z kierunkami świata. Na początku ma się wrażenie, że to jakiś szalony pomysł, ale po jakimś czasie widzi się genialną prostotę tego pomysłu.
Później zwiedzamy centrum miasta. Do świątyni oczywiście nie wolno nam wejść – tam mogą wejść tylko bardzo, ale to bardzo dobrzy mormoni. Są zresztą tu wszyscy „obrzydliwie” dobrzy i uprzejmi. Uśmiechają się, zwracają do nas łagodnym tonem, aż ma się ochotę kogoś uszczypnąć i zobaczyć, czy wtedy też będzie taki słodki. W centrum kongresowym, dopiero co wybudowanym, dostajemy zakamuflowaną dawkę propagandy. Przemily mormon z własnej i nieprzymuszonej woli oprowadza nas po olbrzymiej sali i cichutko sączy nam do ucha: „Największa, najwspanialsza, najdoskonalsze materiały, genialny projekt”. Jak mi to brzmi znajomo.
Zachodzimy do centrum genealogicznego. Niestety, na temat naszych rodzin niczego nie ma. Misjonarka z Japonii uczepia się Adama i za nic nie chce go wypuścić ze swoich osłodzonych szponów. „A może by jednak zapisał swój adres, a może przyszedłby na spotkanie tylko zapoznać się z pewnymi sprawami”. Nas zostawia w spokoju, zwłaszcza gdy ja z tak samo słodyczą kapiącym uśmiechem daję jej wymyślony adres, pod którym może nas znaleźć. Wychodzimy z ulgą.
Trzeba przyznać, że mormoni są świetnie zorganizowani i obrzydliwie bogaci – to widać na każdym kroku. Wykupili całą ulicę w mieście i pięknie ją przebudowali. Hotel, w którym przemieszkiwał jeden z ich „proroków”, kipi złotem. Trochę dla nas tego za dużo. Wracamy do domu.
