Salt Lake City (31 sierpnia 2001)

Wczoraj znowu poszliśmy spać po 12:00. Dzisiaj jedziemy na Antelope Island, czyli wyspę na Słonym Jeziorze. Wyglądamy troszeczkę inaczej niż zwykle, kiedy wyposażeni w notebooka Adama (ja zamierzam pisać dziennik) siedzimy sobie nad brzegiem jeziora, popijając colę. W którymś momencie wpadam na pomysł wykąpania się, z którego to jednak rezygnuję po przejściu w wodzie ponad 100 metrów – woda ciągle sięga mi kostek. A poza tym te muchy – niewyobrażalna liczba małych czarnych muszek. Zwiedzamy wyspę, na której mieszkają bizony, które różnią się genetycznie od pozostałych bizonów w Ameryce. Nie wiemy za bardzo, na czym ta różnica polega, ale nie podchodziliśmy za blisko do tych bydlaczków, żeby sprawdzić, bo podobno potrafią być nerwowe. Przed powrotem do domu jeszcze raz przejeżdżamy przez miasto i pstrykamy parę fotek – zapomnieliśmy o tym z nadmiaru wrażeń przedwczoraj. Wieczorem jesteśmy zaproszeni do Tami i Jeffa, przyjaciół Kasi i Adama. Spędzamy u nich bardzo przyjemnie czas w iście międzynarodowym towarzystwie. Charles, który właśnie dowiedział się, że w Indiach jest zupełnie naturalne, że chłopcy chodzą po ulicach, trzymając się za ręce, nie może przyjść do siebie – to przekracza pojęcie człowieka z Teksasu. Dopytuje się Hinduski, też zaproszonej, czy to aby na pewno prawda, czy może opowiadamy jakieś bajki. Zaszokowany kręci głową, kiedy ona potwierdza nasze relacje. Wracamy późno i Adam wpada na pomysł wykąpania się w basenie. No i znowu nie lądujemy w łóżkach przed 12:00.