Salt Lake City (1 września 2001)

Wędrujemy dzisiaj z Adamem szlakiem w Little Cottonwood Canyon. To zupełnie niewiarygodne – w Salt Lake City zimą można po prostu w ciągu 25 minut dostać się do niezliczonej ilości ośrodków narciarskich i jeździć na nartach w nieskończoność. Teraz oczywiście nie ma nawet śladu śniegu, a na łąkach górskich pasą się jakieś długouche jelenie. Obserwujemy świstaki, które skaczą z kamienia na kamień, i wcinamy prawdziwie polskie kanapki z ogórkiem konserwowym na lunch. W domu czekamy na Kasię, żeby razem wybrać się na imprezę do Ewy i Andrzeja Skorutów. A Kasi jak nie ma, tak nie ma. Nawet zaczynamy się zastanawiać dlaczego, kiedy dzwoni telefon. Dopiero wtedy Adam zdaje sobie sprawę, że zabrał Kasi samochód, a ona czeka na niego w pracy. Impreza jest świetna – spotkała się cała Polonia. Ludzie z przeróżnych miejsc i „światów”. Wszyscy bawią się doskonale. Gospodarz imprezy, malarz, zabawia gości na wszelakie znane mu sposoby, puszczając w ruch najprawdziwszą dyskotekową kulę oraz sztuczny dym. Sztuczny dym uruchamia alarm przeciwpożarowy, a zdenerwowani sąsiedzi wzywają po północy policję. Wtedy Andrzej taktownie się wycofuje, wysyłając na pierwszy front Ewę, która – jak to kobiety – załatwia wszystko pokojowo.