Salt Lake City – Moab (4 września 2001)

W ciągu całej naszej wizyty nie udało nam się ani pójść spać przed północą, ani wstać przed dziewiątą rano. Zaczynamy się pakować. Zauważyliśmy u siebie bardzo ciekawą cechę – jeśli zostajemy gdzieś dłużej niż dwie noce, nasze rzeczy powolutku opanowują dom, w którym jesteśmy. Są dosłownie wszędzie. Tym razem poszukuję mojego notatnika z wszystkimi danymi i dzienniczkiem – zapadł się jak kamień w wodę. Mam podejrzenie, że został wyrzucony do śmieci wraz z plikiem gazet. Wyposażone w krzesło wędrujemy z Kasią do miejscowego śmietnika. Dobrze, że nas nikt nie widzi. Wskakuję do śmietnika i grzebię w śmieciach – mój Boże, na co mi przyszło, dobrze, że nas nikt nie widzi. Oczywiście dużo łatwiej było wskoczyć do śmietnika niż z niego wyjść – dokonuję niebywałych jak dla mnie akrobacji. Kiedy wykończone z Kasią wracamy do domu, zjawia się Włodek, który radośnie donosi nam, że znalazł mój notatnik w samochodzie. No i po co ja grzebałam w tym śmietniku? Zaopatrzeni przez Kasię w prowiant na drogę, wreszcie ruszamy. Jedziemy trasą zaproponowaną przez Adama. Widoki po drodze powodują, że bez przerwy zatrzymujemy się i pstrykamy zdjęcia jak obłąkani. Jednocześnie zastanawiamy się, co może czekać na nas w parkach narodowych, skoro zwykła trasa widokowa wprawia nas w osłupienie. Do Moab docieramy już po zmroku. Znajdujemy naszego serwasowego gospodarza, ale… okazuje się, że on, w nawale pracy, zapomniał powiedzieć swojej żonie o naszym przyjeździe. Nie chcemy w żadnym wypadku doprowadzać do scysji małżeńskich i mówimy, że przecież możemy zanocować w motelu czy na kempingu. Nie ma o tym mowy – zapraszają nas do swojego przedziwnego domu z 3 kotami i 5 psami. My mieszkamy w domku „gościnnym”, to znaczy w przedziwnej małej chatce zbudowanej z ziemi, i jak ostrzegają nas gospodarze: „Tylko uważajcie na pająki – mamy tu parę czarnych wdów, zasadniczo nie są niebezpieczne, ale mogą wejść do buta albo pomiędzy ubrania”.