Zion – Las Vegas (12 września 2001)

Jakoś ten Zion nas nie wciągnął. Jedziemy zatem do Las Vegas, gdzie mamy po raz pierwszy w ciągu całej naszej podróży zarezerwowany hotel (dzięki Kasi i Adamowi). Przezabawnie wyglądamy ze swoimi plecakami wśród dostojnie wyglądających turystów z walizkami. Nawet w Las Vegas jakby trochę życie zmieniło swój tryb – nie ma wielu pokazów, wszędzie widać plakaty „God save America”. Las Vegas w ogóle jest bardzo dziwne – miasto na środku pustyni, które oświetlone jest niezliczoną ilością lamp, gdzie są sztuczne rzeki i jeziora, gdzie zbudowano drugą Wenecję, Paryż i Egipt i gdzie wybudowano najdroższy hotel świata. Wszędzie kapiące złoto i marmury, no i oczywiście kasyna. Nie mamy zbyt wiele szczęścia – raczej przegrywamy niż wygrywamy, a to co wygrywamy, natychmiast przejadamy w nieprawdopodobnych bufetach. Bufet to bardzo niebezpieczny wynalazek – można jeść ile się chce. Napychamy się nieprzyzwoicie.