Death Valley (15 września 2001)

Ktoś kiedyś powiedział nam: „Nie rozumiem, po co wszyscy jadą do Death Valley – tam nic nie ma”. Sądzę, że ten ktoś po prostu przejechał dolinę samochodem z włączoną klimatyzacją i tyle go tam było. Nam bardzo podoba się cisza panująca w dolinie – dosłownie słychać własne myśli. Kiedy pniemy się w potwornym skwarze kanionem Tytusa, pot nam ścieka z czoła, ale widoki skał rekompensują nam wysiłek. Mosaic Canyon to kanion z najprawdziwszego wypolerowanego przez wodę marmuru. Zastanawiamy się, ile tysięcy lat zabrało wodzie wypolerowanie kamienia do tego stanu. A potem jedziemy żwirowką do miejsca zwanego Polem Golfowym Diabła – aż trudno wyobrazić sobie, że jesteśmy 70 metrów poniżej poziomu morza. Całe szczęście, że wieje słabiutki wiaterek – trochę łatwiej oddychać. No i oczywiście obowiązkowa przejażdżka tzw. „Trasą Artysty”. No i wreszcie najniższy punkt w Dolinie Śmierci, niedaleko Badwater – i ku naszemu zdziwieniu w tym niezwykle suchym i gorącym miejscu jest woda, w której żyją jakieś małe paskudztwa. Niewiarygodne. Ku naszemu zdziwieniu już zrobiła się 6 po południu, a zamierzaliśmy dojechać do Joshua Tree. No nic – najwyżej zmienimy plany. Po wyjechaniu z Doliny widzę informację o kempingu z basenem. Zatrzymujemy się i oczywiście kąpiemy w basenie, którego woda pochodzi z gorącego źródła. Gwiazdy świecą nad nami i wcale nie chce nam się iść spać.