Po drodze zachwycają nas wielkie piaszczyste wydmy, po których zasuwają jak wariaci faceci na czterokołowych motorkach. Jedziemy przez pustynię Mojave – już na niej rosną małe drzewka Joshua. Dojeżdżamy do opuszczonej stacji kolejowej rodem z filmów o Dzikim Zachodzie. Pewnie niedługo ktoś tu zbuduje super drogi hotel, na razie w pustych pomieszczeniach szaleje wiatr.
Dalsza część trasy prowadzi już przez zamieszkałą pustynię. Tu po raz pierwszy widzimy nędzę w Stanach Zjednoczonych – porozwalane domki-szopy, wraki samochodów. Jedyne miejsce, gdzie na krótkim odcinku 50 mil spotykamy 3 patrole policyjne. No i już docieramy do parku narodowego Joshua Tree. Widać, że park jest jeszcze bardzo nowy – dosłownie pachnie świeżą farbą w centrum dla odwiedzających. Rozbijamy nasz namiocik w urokliwym miejscu zwanym Jumbo Rocks, szybko coś przekąszamy i wskakujemy do samochodu, żeby zdążyć na zachód słońca do Keys Point. Oczywiście jest to zadanie niezwykle trudne dla Włodka, którego zachodzące światło słońca zmusza do zatrzymywania się co chwilę i robienia zdjęć – zwłaszcza że Joshua Trees są już naprawdę rozmiaru drzew i jest to najprawdziwszy las.
Na szczęście zdążamy na zachód słońca w ostatniej chwili. Kolację jemy po ciemku. Ja jestem trochę przejęta, zwłaszcza od chwili, kiedy przeczytałam informację, że na tym kempingu występuje 6 rodzajów grzechotnika i bardzo uprasza się turystów, żeby patrzyli, na co siadają. Cały czas wsłuchuję się w odgłosy dochodzące z ciemności – może za chwilę usłyszę charakterystyczny grzechot.
Nagle słyszę szelest w krzakach między nami a namiotem. Zastygam w bezruchu. Włodek widzi to i śmieje się ze mnie: „A co, już słyszysz grzechotnika?” Zapala latarkę i świeci w tym kierunku. Z krzaków pryska przerażony kojot. W nocy kojoty stają się odważniejsze – mamy wrażenie, że całe stado siedzi sobie na kempingu i urządza złośliwe koncerty.
