Ayacucho – Cusco (25 września 2001)

No i znowu w autobusie, tym razem na 24 godziny. Ciekawe, jak to zniesiemy. Droga, broń Boże nie asfaltowa, pnie się pod górę serpentynami. Mamy tylko nadzieję, że z naprzeciwka nic nie będzie jechało, bo miejsca na wyprzedzenie nie ma, a przepaście olbrzymie zieją w naszym kierunku czernią. Widoki ośnieżonych szczytów wzbudzają nasz zachwyt. Od czasu do czasu dwóch młodych pomocników kierowcy wyskakuje z autobusu i biegnie przodem, usuwając kamienie z drogi bądź sprawdzając bardzo słabowite mostki. Na śniadanie zatrzymujemy się w jakiejś wioseczce w górach. Leżymy na trawie, obserwując białe chmurki na niebie. Aż dziwne, jak szybko mija nam droga do Cusco.