Puno – Copacabana (1 października 2001)

Opuszczamy obrzydliwie szare miasto Puno i ruszamy w stronę granicy boliwijskiej. Ciekawe, czy chłopacy będą mieli jakieś problemy z opuszczeniem Peru. Te nasze wizy utrudniają nam wszystkim życie – niby dostali przedłużenie, ale… No i oczywiście są schody, ale na szczęście niezbyt wielkie. Muszą jedynie wrócić taksówką do miasta, bo granica jest oczywiście w szczerym polu, i zrobić ksero wiz i paszportów i już jesteśmy po drugiej stronie granicy, czyli w Boliwii. Łapiemy jakiś autobusik do Copacabany, który dosłownie pęka w szwach od przeogromnej ilości pasażerów. Copacabana jest przeurocza. Niestety na Isla del Sol nie udaje nam się przedostać, bo wszystkie łódki już odpłynęły, a te które zostały, żądają nieprzyzwoitych pieniędzy za przejazd. Nic to – wyruszymy jutro rano. Na razie przechadzamy się w miłym słoneczku po ulicach miasteczka i chłopacy rozmawiają po polsku z kim popadnie – jest to naprawdę przezabawne.