Isla del Sol (2 października 2001)

Rano udaje nam się zakupić bilety już po standardowej, no może trochę niższej cenie, i płyniemy na Isla del Sol. Wysiadamy na jej krańcu południowym i szukamy Don Enrique, dla którego wieziemy list od naszych przyjaciół, którzy przez jakiś czas mieszkali właśnie u niego i jego rodziny na Isla del Sol. Przypadek sprawia, że pierwsza zapytana osoba o Don Enrique okazuje się być jego synem. Po krótkim spotkaniu z przemiłą rodziną ruszamy na zwiedzanie wyspy. Obieramy kierunek północny. Wędrujemy względnie żwawym krokiem, o ile w ogóle można żwawym krokiem poruszać się na wysokości 4000 m n.p.m. Wreszcie docieramy do słynnych ruin. Jesteśmy już ostatnimi zwiedzającymi, więc strażnik kasuje sumę dużo niższą do własnej kieszeni, a my biegamy po kamiennym labiryncie. Wracamy inną drogą, która wiedzie granią szczytów. Widoki roztaczają się zupełnie nieprawdopodobne, ale robi się coraz zimniej. Kiedy zapada zmrok, trzęsiemy się z zimna w nieogrzewanej restauracji, czekając wieki na posiłek.