I wreszcie koło 7:30 nad ranem dojeżdżamy na miejsce. Już czekają na nas miejscowi „agenci turystyczni”. Z jednym z nich decydujemy się ruszyć na Pampę. Biorę tylko szybki prysznic i już siedzimy w jeepie. Tak oto jedziemy jeepem po czymś, co przypomina drogę.
Nasz kierowca nagle zatrzymuje samochód – przez drogę przepelza olbrzymi wąż. Co to za gatunek, dopytujemy się nerwowo – czy bardzo jadowity? „To grzechotnik” – odpowiada siedzący obok mnie przewodnik innej grupy, który już od dłuższego czasu przygląda nam się w skupieniu i z dużo większym zainteresowaniem niż wężowi. Wreszcie nie wytrzymuje i zadaje pytanie: „Czy to są wasze prawdziwe oczy, czy nosicie szkła kontaktowe?” Trudno mu uwierzyć, że ktoś może mieć tak niebieskie oczy.
Wreszcie docieramy do małej przystani, gdzie pakujemy się na łódkę. Jest nas pięcioro: trzech Anglików i my. Stan wody w rzece niestety nie najwyższy, musimy zatem często wskakiwać do wody i spychać ją z mielizn. Dopóki nie wiemy, że rzeka roi się od aligatorów, przychodzi nam to z łatwością. Później już nie jesteśmy tak skorzy do zamaczania naszych kończyn w rzece.
Wreszcie po jakichś 3 godzinach docieramy do naszego obozu. Składa się z trzech wiatrem i plastikiem podszytych konstrukcji. Jedna to nasza sypialnia, druga to sypialnia przewodnika i kucharza, a trzecia to po prostu jadalnia. Na razie krzątamy się przy naszych łóżkach (to znaczy drewnianych pryczach) i rozpakowujemy nasze tobołki. W tym czasie kucharz przyrządza prawdziwą ucztę.
Nocą wybieramy się na oglądanie aligatorów. Jesteśmy przerażeni, że tuż koło naszego obozu na łące wyleguje się 3-metrowa bestia. Ciekawe, czy jest bardzo głodna. Nie łapiemy aligatorów, ponieważ jeden z Anglików zdecydowanie się temu sprzeciwił. A szkoda – ciekawe, jak się w nocy łapie aligatory. Po powrocie do obozu nurtuje mnie pewna myśl: jakim cudem trafię do oddalonej od naszych „domków” latryny? Jakoś trafiłam, ale szwendanie się po dżungli w nocy nie należy do przyjemności.
