Pampas (8 października 2001)

Po obfitym śniadaniu wybieramy się łodzią na pampę. Przybijamy do brzegu przy jakiejś chatupce z trzciny. Mieszkańcy jej, widząc turystów z przewodnikiem, coś do nas gwałtownie wołają. Co się okazuje? Do kurnika wkradł im się jadowity wąż: kobra, anakonda, a oni boją się do niej podejść. Nasz przewodnik łapie węża za ogon i ciągnie z całej siły, żeby wyciągnąć go z kurnika (nam kojarzy się to z rzepką, bo za chwilę do tego ciągnięcia przyłącza się drugi przewodnik). Ciągną i ciągną – wreszcie trzymają 3-metrową bestię za ogon wysoko w górze. Wąż wije się i próbuje dziabnąć swoich oprawców, ale oni tańczą z nim jak baletmistrze.

W pewnej chwili udaje się wężowi zanurzyć zęby w tenisówce naszego przewodnika. Temu ani nie drgnie mięsień na twarzy – szybko chwyta łeb węża i już jak na tacy podaje go drugiemu przewodnikowi. Kiedy myśli, że nikt na niego nie patrzy, zdejmuje tenisówkę i sprawdza, czy zęby węża przebiły but, czy nie. Z wyrazu jego twarzy trudno coś wywnioskować. Gospodyni prosi, żeby węża zabić albo wynieść gdzieś daleko. Wędrujemy zatem przez pampę z naszą zdobyczą w rękach i po jakimś kilometrze wypuszczamy na wolność.

Pampy są przepiękne – wyglądają jak rozległe pastwiska. Gdzieniegdzie widać jakieś przedziwne ptaszyska, gdzieniegdzie pasą się konie. My poszukujemy anakondy. Przewodnik szuka ochotnika, który pomógłby mu w tym zadaniu. Wszyscy panowie dziarsko zgłaszają się do pomocy. Mina im trochę rzednie, kiedy okazuje się, że muszą brodzić po kolana w bagnie. No ale cóż – w końcu są mężczyznami. Ja przyglądam się im z bezpiecznej odległości z suchego gruntu.

Wreszcie nasz przewodnik wydaje radosny okrzyk i wyciąga anakondę z bagniska. Siadamy sobie na brzegu i rozmawiamy o życiu anakond, no i wreszcie chwila, której się najbardziej bałam: przewodnik z cwanym uśmieszkiem na twarzy pyta się, kto chciałby potrzymać węża w rękach. Włodek jest oczywiście pierwszy, ja oczywiście ostatnia. Mam nadzieję, że na zdjęciu nie będzie widać, jak jestem bardzo przerażona. Wpuszczamy anakondę z powrotem do jej naturalnego środowiska, kiedy jeden z Anglików zauważa od niechcenia: „O, tam jest jeszcze jeden wąż”. Tym razem nasz przewodnik wcale nie ma ochoty na igraszki z wężem – to najprawdziwsza kobra, która jest lekko podenerwowana naszą obecnością, a w zasadzie rozzłościł ją chyba Włodek, bo zaczął rzucać w jej kierunku patykami, żeby zrobić lepsze zdjęcie. Kołnierz na jej szyi rozszerza się – wygląda fascynująco.

Nagle przewodnik woła: „O, tu jest jeszcze jeden wąż”. Jak dla mnie to już za dużo węży jak na jeden raz – wolałabym już wracać do obozu. A w obozie czeka na nas pyszny obiadek i wędki na popołudniowe wędkowanie. Będziemy łowić piranie. Zabawa jest to przednia, ale w sumie łapiemy tylko jedenaście rybek.