Madidi (11 października 2001)

Trudna to była noc – odgłosy dżungli nie pozwalały mi na zaśnięcie. Ranek też nie wygląda najpiękniej – zanosi się na burzę. I rzeczywiście, gdzieś w środku dżungli chwyta nas ulewa. Leje jak z cebra, a ścieżynka zamienia się w błotnisty strumień. Nasz przewodnik skraca drogę, co oznacza, że wyrabuje maczetą nowe ścieżki w dżungli. Oczywiście, kiedy po pięciu godzinach docieramy do obozu, za ciemnych chmur wyłania się ciepłe słoneczko. Po południu wybieramy się na połów ryb – podobno są olbrzymie, aż do 50 kg. Rzeczywiście haczyki, które otrzymujemy, mają chyba z siedem cm. Niestety nam nie udaje się nic złapać, jedynie Willy (sternik łodzi) i Jose łapią jakąś olbrzymią rybę. Wzdłuż rzeki roznosi się informacja, że w sąsiednim obozie zdarzył się wypadek. Grupa wspinała się na wysokie urwisko, żeby oglądać papugi, kiedy kamień wielkości piłki nożnej obsunął się i uderzył dziewczynę w głowę. Wylądowała w szpitalu z 12 szwami.