Potosi (15 października 2001)

Podróżując po Boliwii, zapomina się, że coś takiego jak utwardzana droga w ogóle istnieje. Okropnie wytrzęsieni zbliżamy się do Potosí i w milczeniu przyglądamy się oświetlonej w słońcu słynnej górze Cerro Rico. To ona zapewniła królom Hiszpanii bogactwo przez setki lat, a setkom Indian i Murzynów* śmierć i kalectwo. Bez śniadania biegniemy od razu po znalezieniu hotelu do agencji poleconej nam przez Grześka i Mariusza, i załapujemy się na poranną wizytę w kopalni.

Zaopatrzeni w kaski, gumowce, kurtki i lampy górnicze zatrzymujemy się na targu, żeby kupić podarunki dla górników: laski dynamitu, papierosy, liście koki, rękawiczki i oczywiście nieśmiertelną już chyba Coca-Colę. I wreszcie schodzimy do piekła. W upale, na wysokości ponad 4000 metrów nad poziomem morza, bez odpowiedniej wentylacji, w nieludzkich warunkach pracują dorośli i dzieci bez żadnego zabezpieczenia, ubezpieczenia i jakiejkolwiek szansy na emeryturę. Codziennie przemierzają niezliczone ilości kilometrów chodników, dźwigając na plecach 50-kilogramowe worki rudy srebra.

Napotkani po drodze górnicy witają nas „Buenas noches” – dla nich dzień nie istnieje. W nocy schodzą do czarnych czeluści kopalni i jeśli dobrze pójdzie, wczesną nocą z nich wracają. Spotykamy Cerrano – od 3 lat pracuje w tym samym korytarzu, cały czas go pogłębiając. Właśnie przygotowuje się do detonacji. Wręczamy mu laskę dynamitu i czekamy na wybuch. Tępy huk i tumany białego kurzu. Krztusimy się. Jak dobrze, że my tu tylko jesteśmy gośćmi.

Przejście z poziomu na poziom to po prostu chwiejąca się drabina czy lekko nadgniły sznur z węzłami. Trzeba przeskakiwać nad studniami o ponad kilkudziesięciometrowej głębokości. Czasami po prostu zapierając się nogami i rękami o ściany, przesuwać jak pająk nad przepaścią. Drżą mi nogi z przerażenia, kiedy przewodnik mówi: „A teraz mocno wychyl się do przodu i skocz daleko przed siebie”. Stoję na cieniutkiej deseczce nad przepaścią i zastanawiam się, czy zrobić ten krok, czy nie.

Mam szczerą nadzieję, że droga powrotna będzie inna. Ale moje nadzieje rozwiewa przewodnik, mówiąc, że wracamy tą samą drogą, ale jeszcze zajdziemy do El Tio.

El Tio to władca podziemi, którego czczą górnicy, przynosząc mu papierosy i liście koki. Przez niego, a w zasadzie przez jego wyjątkowo zazdrosną małżonkę, nie wolno kobietom pracować w kopalni. Mam nadzieję, że nie ma ona nic przeciwko turystkom. Kiedy po ponad 5 godzinach wyłaniamy się z korytarzy, wszyscy odwracamy wzrok od słońca – strasznie nas drażni.