Potosi – Uyuni (17 października 2001)

Tak jak sugerowali nam chłopcy, jedziemy autobusem o 12:00. Do Uyuni powinniśmy dotrzeć gdzieś koło 18:00 bądź troszeczkę później. Już się cieszymy na wspaniałą wycieczkę po Salar de Uyuni. Miny nam trochę rzedną, gdy docieramy do jakiejś barykady – autobus dalej nie jedzie.

Próbujemy się dowiedzieć od kogoś, o co chodzi. Ktoś nam tłumaczy, że proklamowano 72-godzinny strajk. Dzisiaj jest pierwszy dzień. Mija nas grupka osób idąca od miasta. Jakaś kobieta woła do nas: „Nie idźcie tam, tam nic nie ma. Nawet wody do picia kupić nie można”. Ciekawe, dokąd mamy zatem iść – jesteśmy na środku pustyni. Jedyna najbliższa wioseczka, którą mijaliśmy po drodze, oddalona jest o jakieś 20 km.

Nadchodzi zmrok, temperatura spada poniżej zera. Razem z dwojgiem Holendrów ruszamy w półgodzinną drogę do miasta. Na szczęście znajdujemy miejsce w hotelu, a agencja Kolque Tours obiecuje nam, że pojutrze na 100% zorganizują nam wyjazd na Salar i podają obiad w zamkniętym hotelu, do którego przekradamy się chyłkiem.