Uyuni (18 października 2001)

Śniadanie jemy na rynku. Próbujemy się czegoś dowiedzieć o strajku. Ale tak naprawdę nikt nic nie wie – nawet kiedy pytamy się, o co w tym wszystkim chodzi, nie potrafią nam udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Wybieramy się do Kolque Tours. Tym razem szanse na nasz jutrzejszy wyjazd jakby maleją. To znaczy niby twierdzą, że jutro wyjedziemy, ale myśmy już dobrze poznali działający tu system – nie chcą wziąć od nas pieniędzy na wycieczkę, a to oznacza, że nic nie jest pewne.

Zawiązuje się delegacja turystów, których w mieście jest coraz więcej. Agencje turystyczne i przewozowe w Potosí i Oruro nikomu na wszelki wypadek o strajku nie wspominają – cichutko kasują pieniądze i niczym się nie przejmują. Wracają też ludzie z wypraw na Salar. Atmosfera jakby się zagęszczała. Delegacja próbuje się porozumieć z komitetem strajkowym. My, żeby się trochę zrelaksować, wędrujemy z Holendrami na cmentarz pociągów. W palącym słońcu pustyni rdzewieją lokomotywy i składy wagonów. Przedziwne miejsce i bardzo prawdziwie ukazujące ten skądinąd bardzo miły kraj. Wracamy do miasteczka, które zdaje się coraz bardziej wrzeć.