A my nadal w Uyuni. Niektórym kończą się pieniądze – bank zamknięty. Jak strajk, to strajk. Kantory wymieniające dolary czy czeki podróżne pozamykane po wizytach komitetu strajkowego, który grozi im podpaleniem. Nam udaje się wymienić dolary w jakiejś restauracji, w której proszą, żebyśmy siedzieli daleko od okna.

© 2026 Włodzimierz Serwiński. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Naszej delegacji udaje się wynegocjować wyjazd turystów z miasta. Niestety musimy zapomnieć o Salarze. Na wolność prowadzą tylko dwie drogi: jedna z powrotem do Potosí, druga do Oruro. Miasto będziemy mogli opuścić o 12 w południe. Za miastem będą czekały na nas autobusy. Na nasze nieszczęście ten komunikat jest przetłumaczony także na hiszpański – ludność miejscowa reaguje szybko: turyści nigdzie nie wyjadą, są przecież jedynym narzędziem nacisku na rząd. Niech no tylko spróbują się ruszyć! Czyżby przyszło nam spędzić jeszcze jedną noc w tym fascynującym miasteczku? Rozwścieczeni Izraelici proponują powybijanie kamieniami szyb w miasteczku albo podpalenie ratusza. Anglicy proponują czekać na reakcję ich ambasady. My zaś nie za bardzo wiemy, co robić. Coś zaczyna się jednak dziać – kątem ucha podsłuchujemy, że policja może nam pomóc wydostać się z miasta. Mamy spotkać się wszyscy o 20:00 na boisku koszykówki i tam na nas będzie czekał pułkownik policji z eskortą i spróbują wyprowadzić nas z miasta. Podobno już wyjechały po nas autobusy z Potosí.
Spotykamy się z pułkownikiem. Ma nas odeskortować 6 policjantów, nieumundurowanych i nie o 22:00, ale o 24:00. Trochę nam rzedną miny. Ktoś woła, że był przed chwilą na barykadach – obrzucono go kamieniami i zagrożono podpaleniem. Wołano, że zrobią to z nami wszystkimi, jak tylko zbliżymy się do barykady. Nasza grupa dzieli się na tych, co idą, i tych, co zostają. Po długim namyśle razem z Holendrami decydujemy się wyruszyć z miasta – zawsze przecież można zawrócić. Tuż przed północą pojawiają się policjanci – są umundurowani i uzbrojeni. Proponują nam jednak, żebyśmy wzięli butelki do obrony. Wyruszamy w ciszy z miasta – za nami szczekają psy. W ciszy i ciemności wędrujemy w stronę pierwszej barykady. Jest już pewnie północ i jest obrzydliwie zimno.
