Uyuni – Potosi – Oruro (20 października 2001)

Maszerujemy, chowając dłonie w rękawach. Na szczęście kupiliśmy sobie miejscowe czapeczki, więc chociaż w głowy nie jest tak zimno. Nasza na początku tak zwarta kolumna zaczyna się rozciągać – wielu z tych, którym teraz przyszło maszerować, nigdy nie pokonało z plecakiem dłuższego odcinka niż dworzec – taksówka, taksówka – hotel. W oddali migoczą ognie pierwszej barykady. Policjanci proszą, żeby zewrzeć szyki, i aby kobiety weszły do środka kolumny. Włodek ściska mnie za rękę i szepcze: „Jak tylko zaczną lecieć kamienie, zmykamy w lewo, w pole”. W tym całym tłumie zgubiliśmy naszych Holendrów – a mamy jechać razem, bo oni nie mają już żadnych miejscowych pieniędzy na przejazd. Na pewno się jakoś znajdziemy.

Podchodzimy coraz bliżej barykady – widać tłum miejscowych ludzi, może ze setka. Jesteśmy coraz bliżej. Leci pierwszy kamień. Włodek szarpie mnie za rękę: „Idziemy”. Policjanci idą do przodu, więc my też. Mijamy milczących ludzi. Dym gryzie nas w oczy. Mijamy autobusy i samochody porozstawiane w poprzek drogi. Idziemy podświadomie jakby szybciej, byle tylko mieć już to wszystko za sobą. Policjanci zarządzają 10-minutową przerwę – niektórzy już są bardzo zmęczeni, maszerujemy już od ponad 1,5 godziny, a przed nami jeszcze jedna barykada.

Udaje nam się odszukać Miel i Miriam. Teraz będziemy próbować trzymać się razem. Ruszamy. Z oddali dochodzą nas okrzyki – nie wiemy, czy zagrzewają się do ataku, czy tylko po prostu sobie krzyczą. Widok policji ostudza ich zapał i milkną na nasz widok. Policjanci towarzyszą nam jeszcze przez jakiś kilometr, gdy wędrujemy drogą zawaloną kamieniami. Potem zostawiają nas, mówiąc: „Idźcie drogą, aż zobaczycie autobusy” – i znikają w ciemności nocy.

Wędrujemy. Ktoś woła, że już nie daje rady. Stajemy i odpoczywamy przez chwilę. Nagle zza wzgórza wyłaniają się światła – jedne, drugie, trzecie. To autobusy – mamy ochotę tańczyć z radości. Autobusy zatrzymują się, z każdego z nich wyskakują po zęby uzbrojone oddziały specjalne policji. Dla nas już wszystko jest nieistotne – ważne jest to, że za chwilę będziemy siedzieć w ciepłym autobusie, pod obstawą policji.

Ładujemy się w jakieś pół godziny i ruszamy. Jeszcze po drodze w niewielkiej mieścinie policja prosi ludzi blokujących drogę, żeby nas przepuścili – przepuszczają. Większość z nas zasypia lub drzemie. O 8 rano autobus zatrzymuje się w szczerym polu (w górach) – jesteśmy z jakąś godzinę od Potosí, ale zabrakło paliwa (scenariusz jak z jakiegoś kiepskiego filmu). Kierowca rusza na poszukiwanie stacji benzynowej. W międzyczasie dociera do nas Czerwony Krzyż i pyta się, czy wszystko w porządku. Ponieważ wszystko jest w porządku, to sobie tylko troszeczkę gaworzymy i na pożegnanie machamy im rękami.

Po dwóch godzinach wraca kierowca i znowu ruszamy. Tym razem już bez przeszkód dojeżdżamy do Potosí. Tu kupujemy bilety na najbliższy autobus do Oruro, do którego prowadzi (wreszcie) utwardzana droga i w którym to mamy nadzieję nie ma żadnego strajku. W Oruro razem z Miel i Miriam znajdujemy hotelik i oglądamy z okien naszych pokojów wielką fiestę i parady tancerek i tancerzy.