Oruro – Arica (21 października 2001)

Wieczorem pożyczyliśmy sobie od Miel i Miriam ich przewodnik o Chile. Mają najnowszy – to zawsze warto rzucić okiem. W nim odkrywam z przerażeniem informację, że Polakom potrzebne są wizy do Chile i niestety nie można ich kupić na granicy. Coś podchodzi mi do gardła – pędzimy do internetu, żeby sprawdzić stronę MSZ. Ufff! Nie potrzebujemy wiz – kamień z serca. Na dworcu kolejowym spotykamy grupę, która nie zdecydowała się wyjść razem z nami w nocy. Wydostali się z miasta rano – wędrowali wyschniętym korytem rzeki przez ponad 10 km, gdzie czekał na nich zamaskowany kierowca (bał się rozpoznania przez jakiegoś przypadkowego świadka) z bydlęcym truckiem za jedyne 800 dolarów. Cały dzień jechali do Oruro, trzęsąc się z zimna i pokryci grubą warstwą kurzu. No ale jesteśmy już poza tym wszystkim i pędzimy wygodnym autobusem, oglądając przeokropnie głupie filmy na wideo, w stronę granicy boliwijsko-chilijskiej. Oczywiście celnicy chilijscy mają problem, jak nas zaklasyfikować, i wertują jakieś tam swoje papierzyska, no i wreszcie znajdują odpowiedni numerek i szczęśliwie przekraczamy granicę. Jesteśmy już w Chile. Niestety jest już ciemno i nie możemy podziwiać przepięknego parku. Cóż – spróbujemy wrócić tu jutro. Gdzieś koło północy docieramy do Ariki, skąd zabiera nas prawie wszystkich do swojego hoteliku niezwykle sprawna herod-baba. Z tą też herod-babą Włodek i Miel negocjują cenę jutrzejszego wypadu do parku. W końcu dochodzą do porozumienia i baba zarządza śniadanie o 7:30, a wyjazd o 8:00.