Ukrytym marzeniem Włodka od wiek wieków, a w zasadzie od kupna kalendarzy z obrazami Salvadora Dalí, gdzie pod większością reprodukcji istnieje informacja: „Oryginał znajduje się w Muzeum S. Dalí w St. Petersburg”, było odwiedzenie tegoż muzeum. Zatem skoro już jesteśmy na Florydzie i dzieli nas jedynie kilkaset kilometrów od St. Petersburga, to czemu by nie skorzystać z okazji?
Ruszamy skoro świt i w zasadzie planujemy zatrzymać się dopiero w samym muzeum, ale po drodze widzimy znaki prowadzące do jakiejś ostoi zwierzyny nagrodzonej w konkursie na najciekawszą ścieżkę przyrodniczą. Spoglądamy na siebie i… oczywiście pędzimy do lasu. Zapomnieliśmy tylko, że to Floryda: moczary i przyjemne ciepełko, które uwielbiają komary. My dla odmiany nie przepadamy za tymi ostatnimi, ale musimy nauczyć się z nimi współżyć mimo braku Autanu. Docieramy na sam koniec ścieżki, która kończy się pomostem wychodzącym na trzęsawisko, gdzie zagnieździła się aligatorzyca z mnóstwem małych i większych aligatorek. Jak informuje nas strażnik przyrody, jest to dorobek mamy aligatorzycy z 4 ostatnich lat. Włodek kontynuuje nagrywanie swojego wystąpienia, a ja przyglądam się aligatorowym maluchom, które wcale nie wyglądają tak groźnie jak ich mama.
Do muzeum docieramy na dwie godziny przed zamknięciem. Właśnie zaczyna się tura wraz z przewodnikiem. Przyłączamy się. Oglądamy obrazy chronologicznie i wysłuchujemy anegdot z życia Salvadora i jego małżonki. Przewodniczka zdecydowanie nie przepada za Galą i nie żałuje jej złośliwych uwag. Wreszcie zatrzymujemy się przy dziełach z obrazem w obrazie – to jak rozwiązywanie łamigłówki i bardzo nam się podoba. Kiedy tura się kończy, jeszcze raz swoim tempem oglądamy obrazy i zanim się spostrzegamy, już nas proszą o powolne zbieranie się do wyjścia.
