Miami – Montego Bay (5 listopada 2001)

Pogoda obrzydliwa. Gdyby nie to, że za oknem palmy, można by było pomyśleć, że to polska jesień w najobrzydliwszym wydaniu. Na wszelki wypadek upewniamy się w Air Jamaica, czy nadal mimo przejścia cyklonu istnieje połączenie między Montego Bay a Hawaną. Pracownica linii lotniczych prawie że bijąc się w piersi zapewnia nas, że tak. No to lecimy.

Jak zwykle jesteśmy przypadkowo wybrani przez komputer do kontroli osobistej, która oczywiście odbywa się na oczach wszystkich pasażerów. Trochę poziom adrenaliny mi się podnosi, kiedy okazuje się, że Włodek nie może wnieść na pokład samolotu swojego znaczka wpinanego w klapę, ponieważ – jak informuje nas panienka z przylepionym uśmiechem do twarzy – jest to ostre narzędzie i szybko zadaje Włodkowi podchwytliwe pytanie: „A co to tak w ogóle jest i co pan zamierza z tym zrobić?” Włodek z takim samym sztucznym uśmiechem odpowiada, że zamierza przy pomocy tego niezwykle niebezpiecznego narzędzia sterroryzować pilota. Ja na wszelki wypadek odsuwam się od nich, bo już nie mam ochoty słuchać dalszego ciągu ich rozmowy. Lądujemy po jakiejś 1,5 godziny.

W hali na dużym ekranie widnieje informacja, że wszystkie loty Air Jamaica na Kubę są odwołane. Biegniemy dowiedzieć się czegoś w biurze. Tam urzędnik potwierdza informacje z ekranu i stwierdza: „Ponieważ loty są odwołane ze względu na cyklon, linie lotnicze nie ponoszą żadnej odpowiedzialności finansowej” – i jakby od niechcenia dodaje: „A więc zgadzają się państwo przenocować w Montego Bay?” Próbuję mówić bardzo spokojnie: „A przepraszam, jakie mamy inne możliwości?” – „No” – odpowiada nasz przesympatyczny urzędnik – „mogą jeszcze państwo wrócić do domu”. – „Wie pan, to raczej daleko w naszym przypadku i nie wchodzi w grę. Czy możemy przenocować na lotnisku, nie opuszczając strefy międzynarodowej?” Kiedy widzę jego barani wzrok, próbuję mu wytłumaczyć, że jak widział w naszym paszporcie, jesteśmy z Polski – to taki kraj w Europie, gdyby nie wiedział – i obywatele tego kraju potrzebują wizy na wjazd do Jamajki. „Niemożliwe” – stwierdza nasz milusiński – „nikt nie potrzebuje wizy na Jamajkę”. No i gadaj tu z takim.

W rezultacie opuszczamy strefę międzynarodową, chociaż tylko po to, żeby odebrać nasze bagaże, i na szczęście udaje nam się przekonać urzędnika imigracyjnego, żeby nas wpuścił do kraju bez kupowania wizy, bo tak naprawdę to jedziemy na Kubę i nie jesteśmy tu z własnej woli i pewnie tylko na jeden dzień. Noc spędzamy w hoteliku Ocean View z jakieś 500 metrów od lotniska.